Album Mesa miał być w tym roku tym najlepszym. Pstryczkiem w nos potraktowali nas Sokół i Marysia Starosta, odpowiednio strofując (czy też resetując) fanów ostatniego albumu Typa, według wielu - prawdopodobnie najlepszym tegorocznym materiałem. W międzyczasie ktoś stwierdził, że to „Młode Wilki” Popkillera są płytą roku, kto inny że Parias jest najlepszy, czy tam Zeus, B.O.K. albo inny losowy tegoroczny album. Sam przyłapałem się na tym, że w ogóle wszystko ostatnio było najlepsze. Że niby „Lavorama” to creme de la creme 09', Premo jest najlepszym hip-hopowym producentem w historii, a Spike Lee to najlepszy czarny reżyser.. No dobra, trochę się zapędziłem. W każdym razie, na pewno przytrafiło mi się stwierdzenie, że album numer pięć i pół (licząc „Owoce Miasta”, ha) w dorobku duetu Łonson/Łebsztyk, będzie najlepszą tegoroczną płytą, czy tam w ogóle najlepszym albumem polskiego rapu kiedykolwiek. No cóż. Koniec z ocenianiem czegokolwiek epitetami zaczynającymi się sylabą „naj”. A jak już, to dodawać wcześniej będę „jeden z”, bo niektóre rzeczy po prostu są wyjątkowe i należy je wyróżnić.
Jak to w końcu jest z tym „Cztery i Pół”? O czym rapuje Łona? W jakiej formie jest Webber? Czy wreszcie jakiś polski raper zaczął posługiwać się na swojej płycie językiem jidysz? Jak to jest korzystać z PKP? Na których ulicach skupić się zwiedzając Szczecin? Ile można czekać, by i w polskim rapie, ktoś zauważył, że kaloryfer to doskonały symbol wanitatywny? Dlaczego się do mnie nie odzywasz?
Jeśli ktoś był spragniony odpowiedzi na to swoiste F.A.Q., to na pewno nie będzie albumem zawiedziony. Nie może. Nie da się. To niemożliwe.
Na przestrzeni czternastu utworów dostaliśmy masę absurdów i nonsensów, ubranych w genialne historie, niezliczoną ilość bystrych spostrzeżeń i od lat nieopuszczający Łony humor. Nie sposób się nie uśmiechnąć słuchając kolejnych tłumaczeń o brak czasu, czy porównywania długości kolejki na poczcie do czasu trwania ostatniej EP-ki duetu. Niemniej, tego humoru jest jakby mniej niż na poprzednich płytach. Jest tutaj masa wersów, które mogą z miejsca przywołać uśmiech na twarzy, jednak już po chwili zastanowienia dochodzimy do wniosku, że prawda w gruncie rzeczy jest gorzka. Tak na przykład ten kaloryfer. No powiedzcie mi – kto by wpadł na to, by zatrzymać czas poprzez zakręcenie kaloryfera? No kto? Tak, tylko ten gość od porównywania związku do baryłki ropy. Podobnych pomysłów na płycie jest znacznie więcej, po prostu trzeba posłuchać. Inteligentne obserwacje wręcz wylewają się z tej płyty, do czego zresztą Łona już nas przyzwyczaił kończąc żarty.
Odnoszę wrażenie, że szczyt swoistego boom zainteresowania płytą miał miejsce w momencie wypuszczenia drugiego singla. Ta lekkość nawijki, dykcja, flow... suma umiejętności Łony zachwyciła chyba niemal każdego. Czy można powiedzieć, że Adam jest w najwyższej formie od lat? Odnoszę wrażenie, że mniej więcej od „Absurdu i Nonsensu” Łona trzyma równy poziom, równający się z byciem jednym z najlepszych raperów w kraju. Mało kto rymuje w tak przejrzysty i zajawkowy sposób jak on. Panie, panowie – on wciąż buja, co czuć, bo to w końcu buja.
Schody zaczynają się przy okazji warstwy dźwiękowej płyty. Bo... no właśnie. Nie wiadomo co powiedzieć. Z jednej strony – z całą pewnością trzeba stwierdzić, że płyta jest spójna i Andrzej tworzy z Adamem symbiozę (jak zawsze, chciałoby się rzec). Już od pierwszego odsłuchu, głowa słuchacza wdaje się w ruch harmoniczny, motywowana przez beaty pełne miłych dla ucha syntezowanych dźwięków, gdzieniegdzie przeplatanych przez sample lub pianinko. Ale jak już powiedziałem – są schody. O płycie rozmawiałem z kilkoma osobami i wszystkie jednogłośnie stwierdziły, że ten album je usypia. I niestety, musiałem się częściowo zgodzić. Odnoszę wrażenie, że to głównie wina bardzo podobnych do siebie podkładów, przynajmniej na pierwszy rzut ucha. Przy pierwszym odsłuchu sam byłem nieco zawiedziony, jednak z każdym kolejnym było już tylko coraz lepiej i lepiej. Co by jednak nie mówić, między wersami przydałoby się trochę szaleństw Webbera, chociażby w formie skitów. Tak czy inaczej, Łebsztyk nie zawiódł i zrobił kawał dobrej roboty. A za beat do „Nie Pytaj Nas” ma u mnie hip-hopowego Oscara.
Póki co, to ciężko jest mi się rozstać z tym albumem. Mam to do siebie, że kiedy wychodzi jakaś nowa płyta, to lubię sobie przypomnieć poprzednie albumy danego wykonawcy. Tak więc, na słuchawki wrzuciłem ponownie „Insert” i „Nic Dziwnego”. „Absurd i Nonsens” i „Koniec Żartów” i tak co chwile się przewijają przez playlisty. Pierwsze wrażenie było takie, że lepiej mi się słuchało ostatniej EP-ki duetu. Mniej więcej jeszcze tego samego wieczora zmieniłem zdanie, gdy zleciało mi kolejne czterdzieści i pięć minut z „Cztery i Pół”. Ten album jest po prostu świetnym zbiorem opowiadań, które niesamowicie wkręcają i nie potrafią znudzić słuchacza.. Łona i Webber nie zawiedli i po raz kolejny udowodnili, że są jednym z najlepszych duetów na polskiej scenie. Ode mnie piątka z minusikiem.
2 komentarze:
Dupę rusz, napisz nowego cuś
Zajebista płyta!!
Prześlij komentarz