piątek, 26 sierpnia 2011

Paktofonika? Nie żartuj...

Są rzeczy ponadczasowe. Inne cieszą tylko przez krótki czas. Zdarzają się też takie, obok których przechodzi się totalnie obojętnie. Ale kto by się nimi przejmował. Ostatnimi czasy można dostrzec ciekawe zjawisko – mianowicie pewna fala „hejtu” skierowana w stronę Paktofoniki. Tak, dobrze widzicie, wasze oczy całkiem nieźle współpracują z mózgiem – Paktofoniki. Mamy rok 2011.Magik popełnił samobójstwo niewiele ponad dziesięć lat temu, a ostatni album składu pod klasycznym szyldem został wydany w roku 2002. Kawał czasu, prawda? A w internecie wciąż znajdą się goście plujący na jej muzykę, fanów, fenomen składu, czy też tacy, co życie za nie oddadzą. Koncert skrajności. Nie zamierzam wdawać się w polemikę z argumentami którejkolwiek z w/w grup. Chcę jedynie zmierzyć się z wyzwaniem wyjaśnienia fenomenu PFK, w kilku słowach.

Bo PFK Kompany niewątpliwie jest pewnym fenomenem. Z historią składu może identyfikować się masa Polaków urodzonych w latach 80', czy wczesnych 90'. Podejrzewam, że starszych też, z tą tylko różnicą, że subkultura już nie ta. Trójka młodych chłopaków, mających tą samą pasję - H-I-P H-O-P. Pasja, będąca jedynie smyczkiem, który grał na strunach ich dusz, przekuwała dźwięki w genialne teksty. Tak jak tysiące ich późniejszych słuchaczy, dorastali w trudnych warunkach. Problemy z pieniędzmi, alkoholem, szkołą. Niby chleb powszedni, ale w takiej sytuacji świat na ogół wali się na głowę. Tło, które dla rapu ma niesamowicie duże znaczenie. Nadaje prawdziwości, a wszyscy wiemy jaka prawdziwość jest ważna.

W takich warunkach dorastała masa innych raperów. Ale nikt, powtarzam NIKT nie zdobył takiej popularności jak PFK. Właśnie dlatego, że ich historia to tylko tło. A pierwsze skrzypce grała, gra i grać zawsze w takim przypadku będzie muzyka.

Zadaję sobie teraz pytanie – czy warto w ogóle rozwodzić się nad fenomenem Paktofoniki? Cholera jasna! Przecież słuchając „Chwil Ulotnych”, odpowiedź sama nasuwa się na myśl. To muzyka, która broni się sama. A jednak, zawsze nad ich muzyką stał pewien znak zapytania. Śmierć Magika? Że niby tylko niej skład zawdzięcza swoją nieśmiertelność? Bullshit. Zgodzę się, to był katalizator doskonały. Tak już jest w przemyśle muzycznym. Śmierć, najlepiej zagadkowa, doskonale wpływa na sprzedaż. Tworzy legendę artysty i zespołu. Wynosi sprzedaż albumów na szczyty, gwarantuje wszelkie nagrody przemysłu, etc; co naturalnie niesie za sobą wpisy na kartach podręczników gatunku; sprawia, że zespół staje się pozycją obowiązkową i trzeba go znać.

Jak było w przypadku PFK? Był Fryderyk, był skok popularności, była świetna sprzedaż płyty, Magik stał się legendą, a jego śmierć i muzyka obrosły w teorie spiskowe. Śmierć Piotrka Łuszcza miała na te czynniki bardzo duży wpływ. Taka jest naturalna kolej rzeczy w przemyśle muzycznym. Ale tutaj znowu pojawia się znak zapytania, będący tak naprawdę istotą Paktofoniki.

Powiedzcie mi, dlaczego dziś, 26-ego sierpnia 2011-ego roku, po playlistach tysięcy ludzi wciąż śmigają „Priorytety”, „Nowiny” i „Rób co chcesz”? Przecież minęło tyle czasu. Zamiast przeciętnych technicznie Ślązaków, można posłuchać genialnej nawijki Mesa, czy Pyska; jarać się kolejnymi przyspieszeniami Tech N9ne'a i Too $horta; czy słuchać niezwykle charyzmatycznych Pariasów. Rap poszedł do przodu, a jednak kolejne roczniki dzieciaków na pamięć znają zwrotkę Maga z „Jestem Bogiem” i śpiewają z Gutkiem „Ja to ja”.

Odpowiedź jest bardzo prosta. Paktofonika stworzyła masę świetnej muzyki. Na tyle dobrej, że niemal każdy utwór z „Kinematografii” posiada rangę klasyku. Chłopaki stworzyli płytę będącą czymś więcej niż tylko kolejnym hip-hopowym albumem. Nagrali krążek, który za sprawą tekstów i beatów zna każdy, kto dorastał w momencie, gdy wyszła ta płyta, bądź później. Teksty, co jest w rapie niesamowicie ważne, doskonale trafiają do słuchacza. Myśli w nich zawarte niejednokrotnie pokrywają się z tymi, które ma, bądź kiedykolwiek miał odbiorca albumu. Podobnie sprawa ma się z odczuciami i emocjami. One wylewają się z tej płyty i są niesamowicie szczere. Kolejne wersy zabierają nas w podróż przez marzenia, psychikę, wspomnienia; przez codzienność. Działają w podobny sposób jak muzyka Perfectu. Po prostu trafiają do człowieka.

Właśnie w tym tkwi fenomen Paktofoniki. Jest ludzka i uniwersalna. Brzmi - jako muzyka. Nie da się obok niej przejść obojętnie. Chociażby dlatego wciąż w słuchawkach nosimy pierwszą Molestę, "Światła Miasta", czy właśnie „Kinematografię” Paktofoniki. Są ponadczasowe i kultowe dzięki dźwiękom i linijkom.

---

Polecam także zapoznanie się z książką Macieja Pisuka „Paktofonika. Przewodnik Krytyki Politycznej”. Jest to scenariusz do filmu przedstawiającego historię członków i składu PFK. Książka jest opatrzona świetnym wstępem i pozwala spojrzeć na chłopaków i ich muzykę z nieco innego punktu widzenia. Także - gorąco polecam.

3 komentarze:

MPE pisze...

Kurwa, nigdy o tym nie myślałem. Nigdy nie zadałem sobie pytania, dlaczego PFK jest klasykiem i dlaczego co jakiś czas wracam do "Kinematografii".

Słuchając po raz pierwszy tego albumu od razu odczuwamy, że jest to coś innego. No kurwa, odpalam "Priorytety" i mam takie ciary na plecach i odczuwam taki mistyczny klimat, że nie jestem w stanie takiego czegoś poczuć podczas słuchania innych kawałków. Poza tym, Paktofonika nigdy nie była wtórna. Co więcej, słucham rapu już spory okres czasu i jeszcze nigdy nie słyszałem, żeby ktoś chciał kserować styl PFK. Przecież bity i te rymy. No one na pewno nie są zwykłe. Nie wiem co w nich jest takiego ale słucham i wiem, że nikt tak nie składał ja oni.

Klasyk pełną gębą. A książkę również polecam. Zjadłem ją w jeden dzień :)

Buru pisze...

@MPE
albo "pewien okres" albo "pewien czas". Nie istnieje coś takiego jak "okres czasu" ;P

@Nesir
Co do samej książki. Pewnie już wiesz, że jakiś czas temu stuknęły pierwsze klapsy do filmu?

Nesir pisze...

*fixed.

Ano wiem, wiem. Wspomnieć zapomniałem. Zresztą też temat Kalibra pominąłem, co sobie dziś uświadomiłem. Ale mniejsza. Na film jeszcze trochę poczekamy, ciekawią mnie efekty pracy.