- Echinacea? Przecież wiesz, że mam laskę z biologii.- Wiem, ale posłuchaj tego kawałka.
W głośnikach zabrzmiały bębny, jakieś grzechotki i trochę syntezatorów.
- To zakrawa o boom-bap. Dawaj dalej, słyszę en łaj si.
- Mhm. To nie to. Ale słuchaj.
Jak ulewa, wersy podlały kwiat miasta. W mojej głowie zakwitły bloki, a ludzki chlorofil zabarwił osiedla.
- Dobra, zrzuć mi to na odtwarzacz.- Posłuchaj tego w drodze.
- Tak planowałem.
Od Mikołaja wyszedłem o dwudziestej trzeciej. Stąpałem po chodniku, mrok uginał latarnie, dźwięki rozchodziły się w ciarkach, a kostka pod podeszwami butów kwitła.
***
Tak pokrótce można opisać uczucia towarzyszące słuchaczowi przy odsłuchu Echinacei. W mojej opinii, najciekawszego tegorocznego projektu. Ta płyta jest soundtrackiem nocy, soundtrackiem ciszy.
Lirycznie, nie ma co spodziewać się porad jak kroczyć przez życie. Tutaj nie ma rapu o rapie. Nie usłyszysz o czterech elementach. Nie musisz. Tutaj każde kolejne słowo jest ich personifikacją. Bo słuchając projektu Siódmego, Parkera i Pudla, graffiti tworzy się wokół nas, vinyle są drapane, b-boye panują na matach, a wersy... cóż, one są przekaźnikiem. Najzwyczajniej idzie się przez miasto, a na ścianach wokół malują się kolejne sceny rodem z NYC, przemycone przez puszki Montany. Pardon – przez słuchawki, bowiem mieczem trojga MC's jest wyobraźnia słuchacza. Warto nadmienić, że każdy raper pojawiający się na płycie całkiem nieźle włada tym mieczem.
Należy wspomnieć, że swój duży udział w budowaniu tych wyobrażeń mają beaty. Za wyjątkowo klimatyczną warstwę dźwiękową odpowiadają Kixnare, Roux Spana, Jakub Andruchów i DJ Kebs. Do beatów nie ma co się przyczepiać. Tworzą zgrabną całość, jak ławki w parkach i alkohol.
Jakkolwiek, przyczepiłbym się do paru rzeczy. Pierwsza, to niekiedy przydługie kawałki. Umówmy się – chłopaki nie mają flow z innej galaktyki. Po prostu zgrabnie operują słowem i nie mają problemu z trafieniem w beat. Słychać szlif. Niestety, brzmią dosyć podobnie i po jakimś czasie słuchanie ich może znużyć.
I tutaj objawia się kolejna wada materiału na krążku – brak skitów. Sam, składając tą płytę, zrezygnowałbym z dwóch kawałków i zamiast nich wstawiłbym skity instrumentalne. W moim uznaniu, byłyby ciekawym przerywnikiem dla kawałków nagranych na ogół w podobnym tempie, przez co podobnie brzmiących.
Brakowało mi takich produkcji jak Echinacea w ostatnich latach – konceptualnych, zrobionych „na patencie”. Już od pierwszego utworu wczuwamy się w klimat płyty i obserwujemy jak kwiat miasta kwitnie. Idealny materiał na nocne wojaże. Słuchasz, a kwiat kwitnie. Naprawdę!
1 komentarz:
broniłem się przed tym materiałem ale chyba w końcu muszę go sprawdzić.
Prześlij komentarz