niedziela, 28 sierpnia 2011

Ot tak, polecam

Erykah Badu 
New Amerykah: Part One (4th World War)
2008

Okładka tej płyty jest jedną z najlepszych, jakie widziałem w moim krótkim życiu. Niby to tylko kilka pikseli, a w doskonały sposób oddają treść całej płyty. A treść płyty jest co najmniej równie dobra, co cover jakim została opatrzona. Dla hip-hopowca powinna stanowić klejnot. Dla słuchacza muzyki jako takiej, całkiem ciekawe doznanie. Na przestrzeni 10-u utworów dostajemy mix hip-hopowych i soulowych podkładów m.in od takich producentów jak Madlib czy 9th Wonder. Głos Eryki, jak to głos Eryki. Niesamowicie ciepły i kojący. Album doskonały na wieczorny chillout.

---

Rap Addix
LP
2009

Album, który zajmował mój odtwarzacz przez bardzo długi okres czasu i wciąż do niego powracam. Junes serwuje nam masę przemyślanych linijek. Lawina myśli pod którymi mógłby w pewnych momentach podpisać się chyba niemal każdy. Przez nasze uszy przelatują obrazy zwątpienia, euforii, czy wspomnień. Rozliczenia z przeszłością i teraźniejszością tutaj są po prostu dobitne. Mało kto porwałby się na napisanie takiego utworu jak "Nie mam przyjaciół". Mało czyje teksty są aż tak ekshibicjonistyczne. Za te zapełnione kartki Junes ma u mnie niesamowity szacunek. Album, co ważne, nie samymi tekstami stoi. Objawia się tu geniusz jednej ze wschodzących gwiazd polskiej sceny producenckiej - Soulpete'a, który wyprodukował wszystkie kawałki na płycie. Za przykład podam tylko ten jeden instrumental - klik! Jestem gotów z czystym sercem polecić ten album każdemu. A tych kilka osób, którym go poleciłem już wcześniej (chyba mogę to powiedzieć) jest mi wdzięczne do dziś.

piątek, 26 sierpnia 2011

Paktofonika? Nie żartuj...

Są rzeczy ponadczasowe. Inne cieszą tylko przez krótki czas. Zdarzają się też takie, obok których przechodzi się totalnie obojętnie. Ale kto by się nimi przejmował. Ostatnimi czasy można dostrzec ciekawe zjawisko – mianowicie pewna fala „hejtu” skierowana w stronę Paktofoniki. Tak, dobrze widzicie, wasze oczy całkiem nieźle współpracują z mózgiem – Paktofoniki. Mamy rok 2011.Magik popełnił samobójstwo niewiele ponad dziesięć lat temu, a ostatni album składu pod klasycznym szyldem został wydany w roku 2002. Kawał czasu, prawda? A w internecie wciąż znajdą się goście plujący na jej muzykę, fanów, fenomen składu, czy też tacy, co życie za nie oddadzą. Koncert skrajności. Nie zamierzam wdawać się w polemikę z argumentami którejkolwiek z w/w grup. Chcę jedynie zmierzyć się z wyzwaniem wyjaśnienia fenomenu PFK, w kilku słowach.

Bo PFK Kompany niewątpliwie jest pewnym fenomenem. Z historią składu może identyfikować się masa Polaków urodzonych w latach 80', czy wczesnych 90'. Podejrzewam, że starszych też, z tą tylko różnicą, że subkultura już nie ta. Trójka młodych chłopaków, mających tą samą pasję - H-I-P H-O-P. Pasja, będąca jedynie smyczkiem, który grał na strunach ich dusz, przekuwała dźwięki w genialne teksty. Tak jak tysiące ich późniejszych słuchaczy, dorastali w trudnych warunkach. Problemy z pieniędzmi, alkoholem, szkołą. Niby chleb powszedni, ale w takiej sytuacji świat na ogół wali się na głowę. Tło, które dla rapu ma niesamowicie duże znaczenie. Nadaje prawdziwości, a wszyscy wiemy jaka prawdziwość jest ważna.

W takich warunkach dorastała masa innych raperów. Ale nikt, powtarzam NIKT nie zdobył takiej popularności jak PFK. Właśnie dlatego, że ich historia to tylko tło. A pierwsze skrzypce grała, gra i grać zawsze w takim przypadku będzie muzyka.

Zadaję sobie teraz pytanie – czy warto w ogóle rozwodzić się nad fenomenem Paktofoniki? Cholera jasna! Przecież słuchając „Chwil Ulotnych”, odpowiedź sama nasuwa się na myśl. To muzyka, która broni się sama. A jednak, zawsze nad ich muzyką stał pewien znak zapytania. Śmierć Magika? Że niby tylko niej skład zawdzięcza swoją nieśmiertelność? Bullshit. Zgodzę się, to był katalizator doskonały. Tak już jest w przemyśle muzycznym. Śmierć, najlepiej zagadkowa, doskonale wpływa na sprzedaż. Tworzy legendę artysty i zespołu. Wynosi sprzedaż albumów na szczyty, gwarantuje wszelkie nagrody przemysłu, etc; co naturalnie niesie za sobą wpisy na kartach podręczników gatunku; sprawia, że zespół staje się pozycją obowiązkową i trzeba go znać.

Jak było w przypadku PFK? Był Fryderyk, był skok popularności, była świetna sprzedaż płyty, Magik stał się legendą, a jego śmierć i muzyka obrosły w teorie spiskowe. Śmierć Piotrka Łuszcza miała na te czynniki bardzo duży wpływ. Taka jest naturalna kolej rzeczy w przemyśle muzycznym. Ale tutaj znowu pojawia się znak zapytania, będący tak naprawdę istotą Paktofoniki.

Powiedzcie mi, dlaczego dziś, 26-ego sierpnia 2011-ego roku, po playlistach tysięcy ludzi wciąż śmigają „Priorytety”, „Nowiny” i „Rób co chcesz”? Przecież minęło tyle czasu. Zamiast przeciętnych technicznie Ślązaków, można posłuchać genialnej nawijki Mesa, czy Pyska; jarać się kolejnymi przyspieszeniami Tech N9ne'a i Too $horta; czy słuchać niezwykle charyzmatycznych Pariasów. Rap poszedł do przodu, a jednak kolejne roczniki dzieciaków na pamięć znają zwrotkę Maga z „Jestem Bogiem” i śpiewają z Gutkiem „Ja to ja”.

Odpowiedź jest bardzo prosta. Paktofonika stworzyła masę świetnej muzyki. Na tyle dobrej, że niemal każdy utwór z „Kinematografii” posiada rangę klasyku. Chłopaki stworzyli płytę będącą czymś więcej niż tylko kolejnym hip-hopowym albumem. Nagrali krążek, który za sprawą tekstów i beatów zna każdy, kto dorastał w momencie, gdy wyszła ta płyta, bądź później. Teksty, co jest w rapie niesamowicie ważne, doskonale trafiają do słuchacza. Myśli w nich zawarte niejednokrotnie pokrywają się z tymi, które ma, bądź kiedykolwiek miał odbiorca albumu. Podobnie sprawa ma się z odczuciami i emocjami. One wylewają się z tej płyty i są niesamowicie szczere. Kolejne wersy zabierają nas w podróż przez marzenia, psychikę, wspomnienia; przez codzienność. Działają w podobny sposób jak muzyka Perfectu. Po prostu trafiają do człowieka.

Właśnie w tym tkwi fenomen Paktofoniki. Jest ludzka i uniwersalna. Brzmi - jako muzyka. Nie da się obok niej przejść obojętnie. Chociażby dlatego wciąż w słuchawkach nosimy pierwszą Molestę, "Światła Miasta", czy właśnie „Kinematografię” Paktofoniki. Są ponadczasowe i kultowe dzięki dźwiękom i linijkom.

---

Polecam także zapoznanie się z książką Macieja Pisuka „Paktofonika. Przewodnik Krytyki Politycznej”. Jest to scenariusz do filmu przedstawiającego historię członków i składu PFK. Książka jest opatrzona świetnym wstępem i pozwala spojrzeć na chłopaków i ich muzykę z nieco innego punktu widzenia. Także - gorąco polecam.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Recenzja: Hans Solo - 8

Hans! Hans z 52 nagrał solo! Wieść się niesie po wsiach i miastach już od dobrych paru miesięcy. Niestety niesie się kiepsko. Diamentu, platyny, ani złota nie ma. Bieda, chciałoby się rzec. Aż na myśl się nasuwa myśl - jak to możliwe?

Nie mam zielonego pojęcia. Poważnie. Nie mam zielonego pojęcia! Płyta przesłuchana od deski do deski, masa powtórzeń utworów oraz kilometry przebyte z Hansem i jego kompanią na słuchawkach, utwierdziły mnie w przekonaniu, że płyta ta zasługuje na wszelkie błyskotki w kształcie płyt winylowych. Wers za wersem, strofa za strofą, zwrotka za zwrotką i dźwięk za dźwiękiem. Chłonąłem Hansa z wielką przyjemnością.

Znacie nawijkę Hansa? Znacie, prawda? Nie możecie nie znać, skoro czytacie tego bloga. Już teraz was zapewniam, Poznaniak trzyma poziom, który nie spada od lat. Wyrobione przez lata porządne flow, lekkość w nawijce i wszystko to co powinno cechować weterana rapu. On to ma. Słowami sypie, a jakże! Nie dość, że gęsto, to jeszcze z charyzmą. Od strony rapowej, nie ma do czego się przyczepić. Ale wokal to nie tylko rap.

Bo polski hip-hop powoli dorasta. Zaczyna lubić eksperymenty. Hans to mądry facet i żyje muzyką, co słychać. Niestraszne są mu podróże w stronę rocka, czy reggae. Tutaj po raz kolejny muszę gościa pochwalić. Wszelkie wycieczki, czy to reggae-owe, czy to rockowe zdecydowanie się powiodły. Mało kiedy to się zdarza przy okazji świeżych produkcji, że nuciłem jakiś kawałek parę dni po przesłuchaniu płyty. Tutaj tak miałem chociażby w przypadku „Babilonu”. Poza sztywną konwencją jednego z czterech elementów Hans zachowuje się bardzo pewnie. Śpiew to to jeszcze nie jest, ale podśpiewywanie wychodzi mu całkiem dobrze.

Teksty? Po przesłuchaniu płyty, której nazwą jest symbol nieskończoności (vel ósemka), wpuściłem Hansa do mojego własnego panteonu polskich rapowych tekściarzy. Linijki są dojrzałe, pełne trafnych obserwacji i przemyśleń. Raczej nie ma tu kontrowersyjnych stwierdzeń, przynajmniej dla osoby myślącej, która potrafi trzeźwo ocenić polską rzeczywistość. Wyobraźni również nie stymulują abstrakcyjne linijki, a prędzej światła i cienie, czerń i biel, które czają się w każdym wersie. Większość z dziewiętnastu utworów niesie ze sobą morze myśli, a jeśli nie, to po prostu niesamowicie przyjemnie się ich słucha... a i tak mają sporą wartość.

„Zmywam” na ten przykład wprowadza nas do ciemnej sali, w której centrum jest słuchacz, zmywający krew z biało-czerwonej flagi. Tę samą krew, co została przelana przez tłum na poszarpane płótno w Dniu Świra. Niesamowicie mocny i dobitny tekst. „Polak Wyjątkowy Song” niesie ze sobą klimat filmów Koterskiego, a „Sam” jest soundtrackiem samotności. Ciężko coś więcej powiedzieć o tym utworze, po prostu trzeba go posłuchać w ciszy. Moim zdaniem – utwór majstersztyk. Trylogia „Węże” uderza w dwulicowców z wielką siłą. Mógłbym tak pisać o każdej z piosenek, jednak nie chcę zabierać przyjemności z odsłuchu potencjalnemu słuchaczowi, co go a nuż zachęcę do sprawdzenia płyty. Te dwa akapity zwieńczę stwierdzeniem – must listen.

Dźwiękowo? Wazelina mogłaby się lać i lać. Za sprawą podkładów, kilka z utworów przejdzie do kanonu hip-hopu, niewątpliwie. Płyty słucha się bardzo przyjemnie. Kilka razy w uszy rzucają się już dość popularne sample. Poza tym, raczej nie ma się do czego przyczepić. Bardzo solidna produkcja.

Niestety, co do całej płyty, jest pewne duże ale. Chyba nie tylko ja to zauważyłem, a w zasadzie usłyszałem, ale album ma pewien spory mankament. Pierwsza połowa płyty nie trzyma poziomu połowy drugiej. Można odnieść wrażenie, że ta druga połówka jest dojrzalsza, solidniejsza i po prostu lepsza. Gdyby okroić płytę z kilku utworów, dostalibyśmy niekwestionowany klasyk. A tak, mamy „jedynie” bardzo dobry album. Obowiązkowy dla polskiego hip-hopowca.

Reasumując, solówka Hansa jest płytą niesamowicie dobrą, wręcz obowiązkową dla polskiego słuchacza. Warto podkreślić – słuchacza, bo Hans sprawił, że jego materiał powinien spodobać się każdemu Polakowi, co posiada sprawne uszy i dwie półkule mózgowe. I z tego co słyszałem od znajomych nie-hip-hopowców, tak też jest. 

Zachęcam też do sprawdzenia płyty Luxtorpedy. Jeszcze więcej rockowego Hansa, w świetnym wydaniu.

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Miasta kwiat zakwitł

- Echinacea? Przecież wiesz, że mam laskę z biologii.
- Wiem, ale posłuchaj tego kawałka.
W głośnikach zabrzmiały bębny, jakieś grzechotki i trochę syntezatorów.
- To zakrawa o boom-bap. Dawaj dalej, słyszę en łaj si.
- Mhm. To nie to. Ale słuchaj.
Jak ulewa, wersy podlały kwiat miasta. W mojej głowie zakwitły bloki, a ludzki chlorofil zabarwił osiedla.
- Dobra, zrzuć mi to na odtwarzacz.
- Posłuchaj tego w drodze.
- Tak planowałem.
Od Mikołaja wyszedłem o dwudziestej trzeciej. Stąpałem po chodniku, mrok uginał latarnie, dźwięki rozchodziły się w ciarkach, a kostka pod podeszwami butów kwitła.

***

Tak pokrótce można opisać uczucia towarzyszące słuchaczowi przy odsłuchu Echinacei. W mojej opinii, najciekawszego tegorocznego projektu. Ta płyta jest soundtrackiem nocy, soundtrackiem ciszy.
Lirycznie, nie ma co spodziewać się porad jak kroczyć przez życie. Tutaj nie ma rapu o rapie. Nie usłyszysz o czterech elementach. Nie musisz. Tutaj każde kolejne słowo jest ich personifikacją. Bo słuchając projektu Siódmego, Parkera i Pudla, graffiti tworzy się wokół nas, vinyle są drapane, b-boye panują na matach, a wersy... cóż, one są przekaźnikiem. Najzwyczajniej idzie się przez miasto, a na ścianach wokół malują się kolejne sceny rodem z NYC, przemycone przez puszki Montany. Pardon – przez słuchawki, bowiem mieczem trojga MC's jest wyobraźnia słuchacza. Warto nadmienić, że każdy raper pojawiający się na płycie całkiem nieźle włada tym mieczem.

Należy wspomnieć, że swój duży udział w budowaniu tych wyobrażeń mają beaty. Za wyjątkowo klimatyczną warstwę dźwiękową odpowiadają Kixnare, Roux Spana, Jakub Andruchów i DJ Kebs. Do beatów nie ma co się przyczepiać. Tworzą zgrabną całość, jak ławki w parkach i alkohol.
Jakkolwiek, przyczepiłbym się do paru rzeczy. Pierwsza, to niekiedy przydługie kawałki. Umówmy się – chłopaki nie mają flow z innej galaktyki. Po prostu zgrabnie operują słowem i nie mają problemu z trafieniem w beat. Słychać szlif. Niestety, brzmią dosyć podobnie i po jakimś czasie słuchanie ich może znużyć.

I tutaj objawia się kolejna wada materiału na krążku – brak skitów. Sam, składając tą płytę, zrezygnowałbym z dwóch kawałków i zamiast nich wstawiłbym skity instrumentalne. W moim uznaniu, byłyby ciekawym przerywnikiem dla kawałków nagranych na ogół w podobnym tempie, przez co podobnie brzmiących.

Brakowało mi takich produkcji jak Echinacea w ostatnich latach – konceptualnych, zrobionych „na patencie”. Już od pierwszego utworu wczuwamy się w klimat płyty i obserwujemy jak kwiat miasta kwitnie. Idealny materiał na nocne wojaże. Słuchasz, a kwiat kwitnie. Naprawdę!