sobota, 23 kwietnia 2011

Recka nowego Mesa



Ocena nowej płyty Mesa to niesamowicie trudne zadanie. Typ eksperymentuje. Duuużo eksperymentuje. Mamy tu trueschool, dubstep, rock, newschool, czy wręcz jazz. Jest dużo i różnorodnie. Zobaczmy jak to wszystko wypadło.

Od pierwszych wersów wprowadza nas w swój świat. Okazuje jeszcze większy ekshibicjonizm niż ten od zawsze okazywany przez Eldo. Mes otwiera się na słuchacza. Stwierdzenie, że mówi o swoim życiu byłoby cholernie banalne. Na tym opiera się rap. Kandydaci to coś więcej. Swoiste rozliczenie się z życiem. Morze myśli i emocji. Często kontrowersyjnych. Najlepsze jest to, że słuchając Typa, czuję się jakbym właśnie czytał Bukowskiego. Ma równie wciągające teksty, pełne trafnych obserwacji. Co zresztą od zawsze było wielkim atutem Mesa. Umiejętnie lawiruje pośród narzucanych przez świat tematów. Po rozliczeniu się ze zmarłym ojcem, siada przy barze. Po wypiciu kilku głębszych wyrusza nocą na cmentarz, by wylać za zmarłego kompana whiskey na beton i uwolnić moce nieczyste. Popada w refleksje. Nagła retrospekcja z dzieciństwa i powrót do szarej rzeczywistości barwionej przez silne emocje i alkohol. Mes osiągnął Everest polskich tekstów piosenek w ogóle.

Kolejny aspekt, w którym Piotrek osiągnął mistrzostwo jest sama nawijka. Od kilku lat jest jednym z najlepszych polskich raperów. Od premiery Kandydatów na Szaleńców, spokojnie można mu powierzyć miano pierwszego flow RP. Ale bez obaw, za jego plecami czyha Łonson, wspierany przez Łebę. Nikt inny nie jest w stanie zagrozić Typowi, który umiejętnie przyspiesza i zwalnia, głos dostosowuje do charakteru utworu i doskonale trafia w beat... o czym chyba nie trzeba wspominać. Wracając do głosu. O ile trafnie nim operuje, to w kilku kawałkach jego chrypa jest nadto wyraźna i wręcz irytująca. Stąd mój brak zachwytu singlem. To tylko kilka kawałków. Idzie się przyzwyczaić.

No dobra, koniec ze szczegółami technicznymi. Bierzemy się za samą wartość muzyczną płyty. I jest... bardzo dobrze. Nie jest celująco, nie jest dobrze. Jest bardzo dobrze (z małym minusem). Płyta stoi na wysokim poziomie. Każdy kawałek jest dopięty na ostatni guzik, zdaje się, że żaden dźwięk nie znalazł się tam przypadkowo. Wszystko jest na swoim miejscu i brzmi jak powinno brzmieć. Ale... jest pewien niedosyt. Może przez to dopięcie na ostatni guzik? Nie wiem. Kilka kawałków wydało mi się za dużym odlotem. Po prostu nie pasują do tej płyty. Przykładowo tytułowi Kandydaci na Szaleńców. Beat rodem jak od Dilli nijak nie wpasował mi się w odsłuch albumu. Kawałek świetny, jednak nie pasuje. Podobnie W deszczu i w upale. Za daleki odlot.

Brakuje też bangerów. Kawałków na których się zatrzymujesz i zaczynają żyć własnym życiem w twoim odtwarzaczu jest tylko kilka. Fakt faktem, to i tak więcej niż na duuużej większości wydawanych polskich rap płyt, ale poprzeczkę dla Mesa wyznacza tylko i wyłącznie Mes. A po Zamachu została postawiona bardzo wysoko. Jak na mój gust, Typ ją przeskoczył tylko jedną nogą. Brakuje pierdolnięcia znanego z My, uberklimatu Giń, kochanie, czy chociażby zajawki z To już nie ten sam ziom. Ale z drugiej strony Zalew, Zamknięcie, Zegar Tyka i Biała laska w kusej sukni z folii też długo nie zejdą z mojego odtwarzacza. Kandydaci są jak dobra książka. Trafiają się ciekawsze rozdziały, ale najlepiej smakuje przeczytana w całości. I taka uwaga – brakuje więcej kawałków na patencie, jak w/w Giń, kochanie, czy Cygara i pety z pierwszego solo. Ale to tylko niewiele znacząca uwaga, niewpływająca na odsłuch płyty.

Ogólnie album jest raczej mniej spójny niż Zamach na Przeciętność, który stawiam ciut wyżej w dyskografii Mesa i ogólnie pośród najlepszych polskich rap płyt. Bo Kandydaci Na Szaleńców to niewątpliwie jeden z najlepszych polskich albumów hip-hopowych. Ten Typ Mes serwuje nam setki świetnych wersów, okraszonych klimatycznymi i nieraz kozackimi beatami. Prawdopodobnie najlepsza płyta roku 2011. A zegar tyka i wódka paruje...


Brak komentarzy: