niedziela, 10 kwietnia 2011

Hip-Hop Non-Stop

Słucham tego rapu i słucham. A słucham go stosunkowo krótki czas, bo zacząłem gdzieś w czasach hip-hopolowego boomu. Przeświadczenie o chujowości polskiego rapu, ocenianego przez pryzmat gwiazd Eski usprawiedliwiałem mocną zajawką na rap amerykański. Zadawałem sobie pytania – czego ja w ogóle słucham i czy mogę powiedzieć coś więcej o którymkolwiek z tych czarnuchów. Na pierwsze pytanie odpowiadałem - gangsta rapu, na drugie negatywnie. I faktycznie. Na pamięć znałem (i znam dalej) teksty piosenek czołówki zachodniej sceny i nuciłem z szerokim uśmiechem (albo bujając się z poważną miną i wyimaginowanym kajdanem, jak kto woli) kawałki podpisywane jako dirty south. To było w czasach, gdy tolerowałem tylko bangery, a boom bap przewijałem ze znużeniem i irytacją.

Minęło paręnaście miesięcy. W mojej głowie suto zagnieździły się kawałki Dre, T.I.'a, Snoopa, W.C., N.W.A., 2Paca, Lil Jona, etc, etc. Patrzyłem na rap przez pryzmat pluszowych kostek podwieszonych do wstecznego lusterka w Chevy Impala 64'. Im bardziej mną bujało, tym więcej tego słuchałem. Ale, że hydraulika powoli siadała, ja głupi dorastałem, to i wymagania się poszerzyły. Dojrzałem piękno i uniwersalność polskich rap tekstów (przymrużcie oko, ja przymrużyłem), poznałem niesamowity klimat NYC za sprawą Preemo i jego rapujących podopiecznych. Jak po sznurku dążyłem do takich płyt jak Illmatic, Reasonable Doubt, Moment of Truth czy Madvillainy, po drodze odhaczając na liście dupeczek do zaliczenia Światła Miasta, Muzykę Poważną, Tabasko czy Na Wylot. Było tego w chuj. W murzyński chuj. Ale słuchałem i słuchałem, jarając się, poznając i ucząc. Krok po kroczku. Album po albumie.

Dziś znam te wszystkie płyty na pamięć i jestem zdania, że w sumie to jeszcze nie poznałem nic. Na drabinie edukacji hip-hopowca, jestem na szczeblu trzeciej klasy szkoły podstawowej im. DJ Kool Herca. A przede mną przecież jeszcze gimnazjum, szkoła średnia, studia, szkoły podyplomowe, kursy, etc. Wchodząc na każdy kolejny szczebel niesamowicie się jaram. I wiecie co? Najlepsze jest to, że wchodząc na ten każdy kolejny szczebel coraz bardziej przeraża mnie prostota rapu i jednocześnie bardziej kocham hip-hop. Nie jako 150 elementów, tylko ogólnie, jako styl życia. Każe mi iść do przodu. Jak usłyszę sampel, chcę usłyszeć kawałek. Jak usłyszę kawałek chcę usłyszeć płytę. Więcej i więcej. Dochodzi do tego, że na liście płyt do przesłuchania jest może 5 tytułów hip-hopowych i 15 rockowych, R&B, bluesowych i jazzowych. Bo ja chcę wiedzieć skąd pochodzą sample. Jakie płyty trzymał w dłoniach Jay Dee robiąc podkłady na albumy Slum Village, co siedzi w głowie Madliba i dlaczego w Nuhin' But a G Thang są piszczałki, a nie skrzypce.

Także droga gawiedzi, zachęcam do przesłuchiwania albumów i poznawania tej kultury. Hip-hop to nie tylko ciuchy. To przede wszystkim muzyka i jej historia.

Brak komentarzy: