środa, 27 kwietnia 2011

In Memory Of

Nie ma jeszcze późnej godziny. Nie śpię. Nie dlatego, że sen jest kuzynem śmierci. Po prostu jest jeszcze za wcześnie. W telewizji lecą derby Hiszpanii, a z głośników właśnie usłyszałem głos Premo.

Big L rest in peace!


Pamiętam pierwsze ciarki związane z tymi słowami, gdy usłyszałem je na domowej wieży. Pamiętam ciarki, gdy na ubiegłorocznym Warsaw Challenge na decki trafił vinyl z Full Clip. Publika wtórowała Premo i Kweliemu, by zaraz pogrążyć się w namiastce ekstazy, która miała miejsce pod sceną. W naszych głowach hulał jeden z najlepszych beatów w historii, w hołdzie dla jednego z najlepszych MC. W tym roku usłyszymy Regulate. Co będzie w przyszłym? Mam nadzieję, że nie będzie takich niespodzianek.

Śmierć rapera, czy dowolnego innego muzyka, który wywiera na mnie duże znaczenie po prostu porusza. Gdy umierał Guru, byłem zaledwie gnojkiem jeśli chodzi o staż z Gang Starr w słuchawkach. Zasuwałem po mieście z wielkimi kolubrynami na uszach i bujałem się do Moment of  Truth, czy The Ownerz. Nuciłem je z przyjemnością i nauczyłem się rozpoznawać instrumentale Premo „na czuja”. W głowie cały czas miałem wejście Guru z Above The Clouds, kapitalne Skillz, czy klasyczne I'm The Man z Jeru. Najlepszy duet w historii rapu tworzył moją wrażliwość na tę kulturę i muzykę. Z Guru dorastałem. I Guru umarł. Kaput. Nie ma go. I nagle jakby coś się zmieniło. Jazzmatazzy stały się jakoś bardziej zadymione. Zacząłem się zastanawiać co faktycznie może być za tymi chmurami. Może i coś jest. Jeden Guru to wie. W smoki i wróżki nie wierzę. W rap przyprawiający o ciarki już tak. Dziś znowu je miałem przy In Memory Of. Of Guru. Of Nate Dogg.

Jako pryszczate dziecię bujałem się przy legendarnym „Smoke weed every day” Nate Dogga. Do dziś jara mnie klasa z jaką pojawił się na scenie Up In Smoke Tour i zanucił tylko to. Bujam się przy Your Wife, jaram Regulate i nie mogę zrozumieć, że go już nie ma. Jak przeczytałem wiadomość, że odszedł to mną mocno poruszyło. Jakby ktoś chciał wyrwać g-funk z mojego serca. Nie ma mowy. Nate odszedł, ale w hip-hopowych sercach już jest nieśmiertelny, wraz z muzyką, którą tam zaszczepił.

Chłopaki, dziewczyny. Pamiętajcie i słuchajcie. Odeszły od nas wielkie postacie sceny. Wypijcie za nich zdrowie i równie zdrowo bujajcie głowami przy ich trackach. Przynajmniej o to drugie nie trzeba się martwić.

wtorek, 26 kwietnia 2011

Boiskowe wieści

Się dzieje za oceanem. Się dzieje. Ledwo minął półmetek pierwszej rundy play-offów, a już jest parę zaskoczeń.

Hawks wygrywają serię z Magic 3-1. Ktoś się spodziewał? Ja nie bardzo. Rok temu Hawks odpadli w rywalizacji, w drugiej rundzie właśnie z zespołem z Orlando. Jamal Crawford uwziął się na Magic. Poważnie. W ubiegłym roku, był najlepszym zawodnikiem tej serii. W tym roku rzuca przynajmniej 20 punktów w każdym meczu PO, w tym takie perełki jak TA, pieczętująca wygraną Hawks w trzecim meczu serii. Samym Howardem nie da się przejść rundy. Trzeba go otoczyć zawodnikami, którzy go odciążą i umożliwią przeprowadzanie jakichkolwiek akcji. Na chwilę obecną foul trouble Howarda jest niemal równoznaczne z przegranym meczem Magic. Osobiście trzymam kciuki za Hawks.

Jeszcze ciekawiej dzieje się w serii Grizzlies - Spurs. Drużyna z Memphis wygrała dzisiejszej nocy czwarty mecz serii osiemnastoma punktami. W play-offach takie coś już można nazwać blow-outem. Wytłumaczcie mi jak to możliwe, że Spurs kończą regularny sezon z bilansem 61-19 i nie mogą sobie poradzić z zespołem, który ledwo co zajął ósme miejsce na zachodzie? Podoba mi się taki stan rzeczy. Liczę na wyrównanie i siódmy mecz, w którym wszyscy będą gryźć parkiet. Spurs stać na wyrównanie.

Lakers remisują z Hornets 2-2. W tej serii nie ma przypadku. O ile LAL dominuje na tablicach, to gra rozgrywa się w zasadzie pomiędzy Paulem i Bryantem. Obaj robią swoje. Kobe robi wszystko by wygrać mecz 5 minut przed końcem. Paul robi wszystko by wygrać mecz przez 48 minut. Idealny porządek zakłóca gra ich partnerów. Bo o ile szerszenie zdają się znać smak tego parkietu, to Lakers podchodzą do spotkań jakby z nonszalancją i przekonaniem, że wygrają serię bez walki do ostatniej syreny. Cóż, wszystko zależy od ostatnich dwóch, trzech spotkań. Hornets są w stanie wygrać te serię. Wszystko w rękach CP3.

Na pozostałych parkietach bez zaskoczeń. Boston gładko ograł Knicks, grających bez wsparcie Billupsa i Stoudemire'a 4-0. Big 3 z Miami wygrywa serię 3-1. Chicago nie daje złudzeń Pacers, również wygrywając 3-1. A właśnie. Bulls prawdopodobnie będą walczyć o mistrzostwo. Jeśli nie NBA, to chociaż wschodniej konferencji. W Drugiej rundzie powinni łatwo ograć Hawks, a w finale spotkają się z Heat lub Celtics. Będzie się działo. Olahoma nie daje szans Denver, wygrywając 3-1. Rywalizacja trwa jeszcze w serii Dallas i Portland, którą Mavs prowadzą 3:2.

Na koniec jeszcze próbka freestyle'u od mordeczki z boiska. Stopa! Zapamiętajcie tę ksywę, bo jeszcze o nim usłyszycie.

sobota, 23 kwietnia 2011

Recka nowego Mesa



Ocena nowej płyty Mesa to niesamowicie trudne zadanie. Typ eksperymentuje. Duuużo eksperymentuje. Mamy tu trueschool, dubstep, rock, newschool, czy wręcz jazz. Jest dużo i różnorodnie. Zobaczmy jak to wszystko wypadło.

Od pierwszych wersów wprowadza nas w swój świat. Okazuje jeszcze większy ekshibicjonizm niż ten od zawsze okazywany przez Eldo. Mes otwiera się na słuchacza. Stwierdzenie, że mówi o swoim życiu byłoby cholernie banalne. Na tym opiera się rap. Kandydaci to coś więcej. Swoiste rozliczenie się z życiem. Morze myśli i emocji. Często kontrowersyjnych. Najlepsze jest to, że słuchając Typa, czuję się jakbym właśnie czytał Bukowskiego. Ma równie wciągające teksty, pełne trafnych obserwacji. Co zresztą od zawsze było wielkim atutem Mesa. Umiejętnie lawiruje pośród narzucanych przez świat tematów. Po rozliczeniu się ze zmarłym ojcem, siada przy barze. Po wypiciu kilku głębszych wyrusza nocą na cmentarz, by wylać za zmarłego kompana whiskey na beton i uwolnić moce nieczyste. Popada w refleksje. Nagła retrospekcja z dzieciństwa i powrót do szarej rzeczywistości barwionej przez silne emocje i alkohol. Mes osiągnął Everest polskich tekstów piosenek w ogóle.

Kolejny aspekt, w którym Piotrek osiągnął mistrzostwo jest sama nawijka. Od kilku lat jest jednym z najlepszych polskich raperów. Od premiery Kandydatów na Szaleńców, spokojnie można mu powierzyć miano pierwszego flow RP. Ale bez obaw, za jego plecami czyha Łonson, wspierany przez Łebę. Nikt inny nie jest w stanie zagrozić Typowi, który umiejętnie przyspiesza i zwalnia, głos dostosowuje do charakteru utworu i doskonale trafia w beat... o czym chyba nie trzeba wspominać. Wracając do głosu. O ile trafnie nim operuje, to w kilku kawałkach jego chrypa jest nadto wyraźna i wręcz irytująca. Stąd mój brak zachwytu singlem. To tylko kilka kawałków. Idzie się przyzwyczaić.

No dobra, koniec ze szczegółami technicznymi. Bierzemy się za samą wartość muzyczną płyty. I jest... bardzo dobrze. Nie jest celująco, nie jest dobrze. Jest bardzo dobrze (z małym minusem). Płyta stoi na wysokim poziomie. Każdy kawałek jest dopięty na ostatni guzik, zdaje się, że żaden dźwięk nie znalazł się tam przypadkowo. Wszystko jest na swoim miejscu i brzmi jak powinno brzmieć. Ale... jest pewien niedosyt. Może przez to dopięcie na ostatni guzik? Nie wiem. Kilka kawałków wydało mi się za dużym odlotem. Po prostu nie pasują do tej płyty. Przykładowo tytułowi Kandydaci na Szaleńców. Beat rodem jak od Dilli nijak nie wpasował mi się w odsłuch albumu. Kawałek świetny, jednak nie pasuje. Podobnie W deszczu i w upale. Za daleki odlot.

Brakuje też bangerów. Kawałków na których się zatrzymujesz i zaczynają żyć własnym życiem w twoim odtwarzaczu jest tylko kilka. Fakt faktem, to i tak więcej niż na duuużej większości wydawanych polskich rap płyt, ale poprzeczkę dla Mesa wyznacza tylko i wyłącznie Mes. A po Zamachu została postawiona bardzo wysoko. Jak na mój gust, Typ ją przeskoczył tylko jedną nogą. Brakuje pierdolnięcia znanego z My, uberklimatu Giń, kochanie, czy chociażby zajawki z To już nie ten sam ziom. Ale z drugiej strony Zalew, Zamknięcie, Zegar Tyka i Biała laska w kusej sukni z folii też długo nie zejdą z mojego odtwarzacza. Kandydaci są jak dobra książka. Trafiają się ciekawsze rozdziały, ale najlepiej smakuje przeczytana w całości. I taka uwaga – brakuje więcej kawałków na patencie, jak w/w Giń, kochanie, czy Cygara i pety z pierwszego solo. Ale to tylko niewiele znacząca uwaga, niewpływająca na odsłuch płyty.

Ogólnie album jest raczej mniej spójny niż Zamach na Przeciętność, który stawiam ciut wyżej w dyskografii Mesa i ogólnie pośród najlepszych polskich rap płyt. Bo Kandydaci Na Szaleńców to niewątpliwie jeden z najlepszych polskich albumów hip-hopowych. Ten Typ Mes serwuje nam setki świetnych wersów, okraszonych klimatycznymi i nieraz kozackimi beatami. Prawdopodobnie najlepsza płyta roku 2011. A zegar tyka i wódka paruje...


wtorek, 19 kwietnia 2011

Szkoła luźnego flow

Pezet nie wrócił do oldschoolu. Bez przesady. Wątpię by nagle nagrał Muzykę Rozluźniającą, czy coś w ten deseń. A cholera mógłby. Bo jego najnowszy kawałek, promujący Grube Jointy II, to świetna robota w wykonaniu zarówno jego jak i Volta. Prosty wkręcający beat, świetnie złożony tekst (chociaż parę argumentów nieco nietrafionych imo), nawinięty z maksymalnie luźnym i równie wkręcającym co beat flow. Sprawdź to!

Jakoś pewnie jutro wrzucę reckę ostatniego Mesa. Pjonteczka!

piątek, 15 kwietnia 2011

Kwietniowe gibony

Wiedziałem, że o czymś zapomnę. Wiedziałem. Zapomniałem o odnalezieniu mitycznej Piątej Strony Świata. Co prawda nie trąbią o tym we wszystkich mediach. Chodzą ploty, że rząd USA chce zataić prawdę, by nie wzbudzić zamieszania podobnego jak to, które miało miejsce przy przenosinach w 2001 rok, podczas gdy kalendarze jednoznacznie wskazywały 99'. Up in Śląsk Tour już się odbywa, choć na mniejszą skalę. Przekonajmy się, czy należy być wdzięcznym śląskiemu naukowcowi Miuoshowi i wzbogaćmy kolekcję kompaktów o jego najnowszy album. Według Burego świetny. Ja się jeszcze przekonam. Tymczasem...


Ale to nie wszystko. Nadchodzi ubłagany przez nadwiślański odłam ludu czterech elementów 16 kwietnia. Z tą datą łączą się urodziny jednego z pra-wieszczy ludu - DJ Kool Herca. Nad Wisłą natomiast, gdzie takie postacie lubią być totalnie pomijane i zapominane, świętowane będą premiery albumów tutejszych wieszczy. Wilku i Bilon zdefiniują ponownie Jedność (odsłuch już możliwy na myspace HG), Diox nas zapozna z Logiką Gry i Mes wprowadzi nas w gremium Kandydatów na Szaleńców. Będzie się działo. Oj będzie. A Pariasi patrzą...

czwartek, 14 kwietnia 2011

Comin' up next.

Dziwnie jest pisać na komputerze. Nie żebym kiedykolwiek w tym celu wykorzystywał maszynę do pisania. A kiedyś ją wykorzystywałem. Co prawda, większy fun dawało mi wystukiwanie kolejnych śmiesznych znaczków, które moja, czuwająca nad swym paroletnim brzdącem, mamusia nazywała literami, od pisania sensownych zdań... czego wówczas nie potrafiłem i nie rozumiałem. Fajnie było być małym dzieckiem. Żadnego internetu. Jak telefon, to tylko domowy. Telewizja? Wyłącznie bajki na VHS, wieczorynka i poranne bajki na jedynce i Polsacie. I tak wolałem programy i filmy z czerwonymi znaczkami, ale cii... Rap jeszcze leciał w radiu, a ja słuchałem Eski.

Dzisiaj zepsuł mi się telefon, przenośny magazyn albumów, zwany Creative ZEN, telewizor i ogólnie dosięga mnie jakieś pierdolone fatum. Pozostał mi internet, ale jak wiadomo internet jest dla studentów i lamusów.

Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Nagle wolny czas zaczął napływać znikąd i poprzypominałem sobie o rzeczach, które tak często zaniedbujemy (brzmi jak usprawiedliwianie się, celowy zabieg stylistyczny), czyli czytanie, sprzątanie, nauka i pisanie. Bez zastanowienia z planów na dzień wykreśliłem drugą i trzecią pozycję. Czwarta nasunęła się sama i właśnie robię wszystko, by móc ją odhaczyć. Do pierwszej powrócę. Jeszcze kilka stron do końca „Hollywood” Bukowskiego, żeby jutro popędzić do biblioteki po kolejną jego książkę. Pewnie jeszcze kiedyś przywrócę temat tego gościa, przy okazji pisania o g-funku, Mesie i ogólnie o klimatach w stylu lay low.

A właśnie, co do Mesa. Dziś preorderowe wydania Kandydatów na Szaleńców poznajdywały swoich nowych właścicieli. Naturalnie, internet też czekał na nowego Mesa. Chęć zapoznania się z nową płytą była znacznie większa niż ciężar portfela i już mam album na dysku. Sorry, Piotrek, jeśli to czytasz, ale nie bój nic, ZNP kupiłem po zapoznaniu się z treścią i formą i nie żałuję ani grosza wydanego na tę płytę. Kandydatów też kupię, tylko pieniążków trochę przybędzie.

Na dniach spodziewajcie się kilku ciekawszych artykułów. Szesnastego, czyli pojutrze, wychodzi nowe Hemp Gru, Diox i Mes ma premierę sklepową. Będzie się działo, będzie o czym pisać. Ponadto mam kilka pomysłów na artykuły, bo parę rzeczy mnie irytuje i kilka ciekawi, to się podzielę przemyśleniami (też potrafię rymować!). Na rozłąkę podrzucam troszkę teksańskiego baunsu. See ya!

niedziela, 10 kwietnia 2011

Hip-Hop Non-Stop

Słucham tego rapu i słucham. A słucham go stosunkowo krótki czas, bo zacząłem gdzieś w czasach hip-hopolowego boomu. Przeświadczenie o chujowości polskiego rapu, ocenianego przez pryzmat gwiazd Eski usprawiedliwiałem mocną zajawką na rap amerykański. Zadawałem sobie pytania – czego ja w ogóle słucham i czy mogę powiedzieć coś więcej o którymkolwiek z tych czarnuchów. Na pierwsze pytanie odpowiadałem - gangsta rapu, na drugie negatywnie. I faktycznie. Na pamięć znałem (i znam dalej) teksty piosenek czołówki zachodniej sceny i nuciłem z szerokim uśmiechem (albo bujając się z poważną miną i wyimaginowanym kajdanem, jak kto woli) kawałki podpisywane jako dirty south. To było w czasach, gdy tolerowałem tylko bangery, a boom bap przewijałem ze znużeniem i irytacją.

Minęło paręnaście miesięcy. W mojej głowie suto zagnieździły się kawałki Dre, T.I.'a, Snoopa, W.C., N.W.A., 2Paca, Lil Jona, etc, etc. Patrzyłem na rap przez pryzmat pluszowych kostek podwieszonych do wstecznego lusterka w Chevy Impala 64'. Im bardziej mną bujało, tym więcej tego słuchałem. Ale, że hydraulika powoli siadała, ja głupi dorastałem, to i wymagania się poszerzyły. Dojrzałem piękno i uniwersalność polskich rap tekstów (przymrużcie oko, ja przymrużyłem), poznałem niesamowity klimat NYC za sprawą Preemo i jego rapujących podopiecznych. Jak po sznurku dążyłem do takich płyt jak Illmatic, Reasonable Doubt, Moment of Truth czy Madvillainy, po drodze odhaczając na liście dupeczek do zaliczenia Światła Miasta, Muzykę Poważną, Tabasko czy Na Wylot. Było tego w chuj. W murzyński chuj. Ale słuchałem i słuchałem, jarając się, poznając i ucząc. Krok po kroczku. Album po albumie.

Dziś znam te wszystkie płyty na pamięć i jestem zdania, że w sumie to jeszcze nie poznałem nic. Na drabinie edukacji hip-hopowca, jestem na szczeblu trzeciej klasy szkoły podstawowej im. DJ Kool Herca. A przede mną przecież jeszcze gimnazjum, szkoła średnia, studia, szkoły podyplomowe, kursy, etc. Wchodząc na każdy kolejny szczebel niesamowicie się jaram. I wiecie co? Najlepsze jest to, że wchodząc na ten każdy kolejny szczebel coraz bardziej przeraża mnie prostota rapu i jednocześnie bardziej kocham hip-hop. Nie jako 150 elementów, tylko ogólnie, jako styl życia. Każe mi iść do przodu. Jak usłyszę sampel, chcę usłyszeć kawałek. Jak usłyszę kawałek chcę usłyszeć płytę. Więcej i więcej. Dochodzi do tego, że na liście płyt do przesłuchania jest może 5 tytułów hip-hopowych i 15 rockowych, R&B, bluesowych i jazzowych. Bo ja chcę wiedzieć skąd pochodzą sample. Jakie płyty trzymał w dłoniach Jay Dee robiąc podkłady na albumy Slum Village, co siedzi w głowie Madliba i dlaczego w Nuhin' But a G Thang są piszczałki, a nie skrzypce.

Także droga gawiedzi, zachęcam do przesłuchiwania albumów i poznawania tej kultury. Hip-hop to nie tylko ciuchy. To przede wszystkim muzyka i jej historia.

wtorek, 5 kwietnia 2011

Zaczęło się?

Chyba się zaczęło. Tak sądzę. Po setkach godzin mobilizowania się, założyłem bloga. Nie jakiegoś tam bloga internetowego. Mianowicie - bloga o tematyce hip-hopowej. Chociaż nie sądzę bym pominął info o kontuzji doznanej przez któregokolwiek z Celtów w game 6 tegorocznych finałów ligi NBA. Cóż, zapowiada się kilka gorących miesięcy. Nie tylko z punktu widzenia meteorologów. Czekają nas premiery m.in. projektu Parias, nowego Mesa, Dioxa, Hemp Gru, Weny i paru innych albumów. Czeka nas kolejne Warsaw Challenge, na którym będziemy gościć legendarne De La Soul i Hocus Pocus, którzy swą legendę powoli zaczynają pisać. Czekają nas playoffy NBA, które nie mają swojego faworyta. Czeka nas albumowy powrót Mobb Deep, kolejne platyny dla Rycha Peji... Będzie o czym pisać. Tymczasem, przy dźwiękach z Beats, Rhymes and Life ATCQ, rozpoczynam prowadzenie bloga.


Big up!