Symbolicznie - [*]
czwartek, 27 października 2011
wtorek, 4 października 2011
Recenzja: Łona i Webber - Cztery i Pół
Album Mesa miał być w tym roku tym najlepszym. Pstryczkiem w nos potraktowali nas Sokół i Marysia Starosta, odpowiednio strofując (czy też resetując) fanów ostatniego albumu Typa, według wielu - prawdopodobnie najlepszym tegorocznym materiałem. W międzyczasie ktoś stwierdził, że to „Młode Wilki” Popkillera są płytą roku, kto inny że Parias jest najlepszy, czy tam Zeus, B.O.K. albo inny losowy tegoroczny album. Sam przyłapałem się na tym, że w ogóle wszystko ostatnio było najlepsze. Że niby „Lavorama” to creme de la creme 09', Premo jest najlepszym hip-hopowym producentem w historii, a Spike Lee to najlepszy czarny reżyser.. No dobra, trochę się zapędziłem. W każdym razie, na pewno przytrafiło mi się stwierdzenie, że album numer pięć i pół (licząc „Owoce Miasta”, ha) w dorobku duetu Łonson/Łebsztyk, będzie najlepszą tegoroczną płytą, czy tam w ogóle najlepszym albumem polskiego rapu kiedykolwiek. No cóż. Koniec z ocenianiem czegokolwiek epitetami zaczynającymi się sylabą „naj”. A jak już, to dodawać wcześniej będę „jeden z”, bo niektóre rzeczy po prostu są wyjątkowe i należy je wyróżnić.
Jak to w końcu jest z tym „Cztery i Pół”? O czym rapuje Łona? W jakiej formie jest Webber? Czy wreszcie jakiś polski raper zaczął posługiwać się na swojej płycie językiem jidysz? Jak to jest korzystać z PKP? Na których ulicach skupić się zwiedzając Szczecin? Ile można czekać, by i w polskim rapie, ktoś zauważył, że kaloryfer to doskonały symbol wanitatywny? Dlaczego się do mnie nie odzywasz?
Jeśli ktoś był spragniony odpowiedzi na to swoiste F.A.Q., to na pewno nie będzie albumem zawiedziony. Nie może. Nie da się. To niemożliwe.
Na przestrzeni czternastu utworów dostaliśmy masę absurdów i nonsensów, ubranych w genialne historie, niezliczoną ilość bystrych spostrzeżeń i od lat nieopuszczający Łony humor. Nie sposób się nie uśmiechnąć słuchając kolejnych tłumaczeń o brak czasu, czy porównywania długości kolejki na poczcie do czasu trwania ostatniej EP-ki duetu. Niemniej, tego humoru jest jakby mniej niż na poprzednich płytach. Jest tutaj masa wersów, które mogą z miejsca przywołać uśmiech na twarzy, jednak już po chwili zastanowienia dochodzimy do wniosku, że prawda w gruncie rzeczy jest gorzka. Tak na przykład ten kaloryfer. No powiedzcie mi – kto by wpadł na to, by zatrzymać czas poprzez zakręcenie kaloryfera? No kto? Tak, tylko ten gość od porównywania związku do baryłki ropy. Podobnych pomysłów na płycie jest znacznie więcej, po prostu trzeba posłuchać. Inteligentne obserwacje wręcz wylewają się z tej płyty, do czego zresztą Łona już nas przyzwyczaił kończąc żarty.
Odnoszę wrażenie, że szczyt swoistego boom zainteresowania płytą miał miejsce w momencie wypuszczenia drugiego singla. Ta lekkość nawijki, dykcja, flow... suma umiejętności Łony zachwyciła chyba niemal każdego. Czy można powiedzieć, że Adam jest w najwyższej formie od lat? Odnoszę wrażenie, że mniej więcej od „Absurdu i Nonsensu” Łona trzyma równy poziom, równający się z byciem jednym z najlepszych raperów w kraju. Mało kto rymuje w tak przejrzysty i zajawkowy sposób jak on. Panie, panowie – on wciąż buja, co czuć, bo to w końcu buja.
Schody zaczynają się przy okazji warstwy dźwiękowej płyty. Bo... no właśnie. Nie wiadomo co powiedzieć. Z jednej strony – z całą pewnością trzeba stwierdzić, że płyta jest spójna i Andrzej tworzy z Adamem symbiozę (jak zawsze, chciałoby się rzec). Już od pierwszego odsłuchu, głowa słuchacza wdaje się w ruch harmoniczny, motywowana przez beaty pełne miłych dla ucha syntezowanych dźwięków, gdzieniegdzie przeplatanych przez sample lub pianinko. Ale jak już powiedziałem – są schody. O płycie rozmawiałem z kilkoma osobami i wszystkie jednogłośnie stwierdziły, że ten album je usypia. I niestety, musiałem się częściowo zgodzić. Odnoszę wrażenie, że to głównie wina bardzo podobnych do siebie podkładów, przynajmniej na pierwszy rzut ucha. Przy pierwszym odsłuchu sam byłem nieco zawiedziony, jednak z każdym kolejnym było już tylko coraz lepiej i lepiej. Co by jednak nie mówić, między wersami przydałoby się trochę szaleństw Webbera, chociażby w formie skitów. Tak czy inaczej, Łebsztyk nie zawiódł i zrobił kawał dobrej roboty. A za beat do „Nie Pytaj Nas” ma u mnie hip-hopowego Oscara.
Póki co, to ciężko jest mi się rozstać z tym albumem. Mam to do siebie, że kiedy wychodzi jakaś nowa płyta, to lubię sobie przypomnieć poprzednie albumy danego wykonawcy. Tak więc, na słuchawki wrzuciłem ponownie „Insert” i „Nic Dziwnego”. „Absurd i Nonsens” i „Koniec Żartów” i tak co chwile się przewijają przez playlisty. Pierwsze wrażenie było takie, że lepiej mi się słuchało ostatniej EP-ki duetu. Mniej więcej jeszcze tego samego wieczora zmieniłem zdanie, gdy zleciało mi kolejne czterdzieści i pięć minut z „Cztery i Pół”. Ten album jest po prostu świetnym zbiorem opowiadań, które niesamowicie wkręcają i nie potrafią znudzić słuchacza.. Łona i Webber nie zawiedli i po raz kolejny udowodnili, że są jednym z najlepszych duetów na polskiej scenie. Ode mnie piątka z minusikiem.
środa, 14 września 2011
Ten klip o niczym nie świadczy
W rapie siedzę już kilka dobrych lat. W uszach miałem dziesiątki, setki, tysiące, dziesiątki t... W każdym razie, słyszałem już multum wersów, w tym dość dużo bardzo dobrych. Sam wers o niczym nie znaczy, o niczym nie świadczy. Napisanie inteligentnego tekstu wypełnionego podwójnymi i potrójnymi, to jakieś 10% sukcesu. Nawinięcie tego i odpowiedni beat - po 45%. Po przesłuchaniu tego kawałka mam wrażenie, że zarówno tekst, jego rapujący twórca i producent wycisnęli po 150%, co daje w sumie 450% kozackiego hip-hopu. Z punktu widzenia matematyki to niemożliwe. Dostajemy tu tylko jakieś 3 minuty, 18 sekund 100%-owego rapu, który stoi na niesamowicie wysokim poziomie. Tylko, bo dla mnie, ta nuta mogłaby trwać nawet cztery i pół godziny, więc liczę na to, że ten album będzie trwał nieskończenie długo. Takiego luzu jak Łona, nie ma nawet Smark, czy Reno.
Mam nadzieję, że ten klip nic nie znaczy i utwór, do którego został nakręcony, jest najgorszym utworem na płycie. Tak czy inaczej, prawdopodobnie album numer cztery i pół w dyskografii Łonsona i Łebsztyka, będzie prawdopodobnie jedną z najlepszych płyt ostatnich lat. Kto jak kto, ale oni - jak najbardziej - są do tego zdolni.
A propos premier 30-ego września, bo wtedy wyjdzie nowy album duetu. Tego dnia dostaniemy jeszcze jedną wartą sprawdzenia płytę (no dobra, "4 i pół" to pozycja obowiązkowa) - "Pokój 003" Buki. Jeśli jeszcze nie słyszeliście o tym chłopaku, czy tam w ogóle nie słyszeliście czegokolwiek co zarymował, to gorąco polecam oficjalny singiel z płyty. Zajawka kipi, słychać, że gość ma wyobraźnię, skillsy, poczucie humoru i - co najważniejsze - potencjał. Można się jarać:
niedziela, 28 sierpnia 2011
Ot tak, polecam
Erykah Badu
New Amerykah: Part One (4th World War)
2008
Okładka tej płyty jest jedną z najlepszych, jakie widziałem w moim krótkim życiu. Niby to tylko kilka pikseli, a w doskonały sposób oddają treść całej płyty. A treść płyty jest co najmniej równie dobra, co cover jakim została opatrzona. Dla hip-hopowca powinna stanowić klejnot. Dla słuchacza muzyki jako takiej, całkiem ciekawe doznanie. Na przestrzeni 10-u utworów dostajemy mix hip-hopowych i soulowych podkładów m.in od takich producentów jak Madlib czy 9th Wonder. Głos Eryki, jak to głos Eryki. Niesamowicie ciepły i kojący. Album doskonały na wieczorny chillout.
Rap Addix
LP
2009
Album, który zajmował mój odtwarzacz przez bardzo długi okres czasu i wciąż do niego powracam. Junes serwuje nam masę przemyślanych linijek. Lawina myśli pod którymi mógłby w pewnych momentach podpisać się chyba niemal każdy. Przez nasze uszy przelatują obrazy zwątpienia, euforii, czy wspomnień. Rozliczenia z przeszłością i teraźniejszością tutaj są po prostu dobitne. Mało kto porwałby się na napisanie takiego utworu jak "Nie mam przyjaciół". Mało czyje teksty są aż tak ekshibicjonistyczne. Za te zapełnione kartki Junes ma u mnie niesamowity szacunek. Album, co ważne, nie samymi tekstami stoi. Objawia się tu geniusz jednej ze wschodzących gwiazd polskiej sceny producenckiej - Soulpete'a, który wyprodukował wszystkie kawałki na płycie. Za przykład podam tylko ten jeden instrumental - klik! Jestem gotów z czystym sercem polecić ten album każdemu. A tych kilka osób, którym go poleciłem już wcześniej (chyba mogę to powiedzieć) jest mi wdzięczne do dziś.
New Amerykah: Part One (4th World War)
2008
Okładka tej płyty jest jedną z najlepszych, jakie widziałem w moim krótkim życiu. Niby to tylko kilka pikseli, a w doskonały sposób oddają treść całej płyty. A treść płyty jest co najmniej równie dobra, co cover jakim została opatrzona. Dla hip-hopowca powinna stanowić klejnot. Dla słuchacza muzyki jako takiej, całkiem ciekawe doznanie. Na przestrzeni 10-u utworów dostajemy mix hip-hopowych i soulowych podkładów m.in od takich producentów jak Madlib czy 9th Wonder. Głos Eryki, jak to głos Eryki. Niesamowicie ciepły i kojący. Album doskonały na wieczorny chillout.
---
Rap Addix
LP
2009
Album, który zajmował mój odtwarzacz przez bardzo długi okres czasu i wciąż do niego powracam. Junes serwuje nam masę przemyślanych linijek. Lawina myśli pod którymi mógłby w pewnych momentach podpisać się chyba niemal każdy. Przez nasze uszy przelatują obrazy zwątpienia, euforii, czy wspomnień. Rozliczenia z przeszłością i teraźniejszością tutaj są po prostu dobitne. Mało kto porwałby się na napisanie takiego utworu jak "Nie mam przyjaciół". Mało czyje teksty są aż tak ekshibicjonistyczne. Za te zapełnione kartki Junes ma u mnie niesamowity szacunek. Album, co ważne, nie samymi tekstami stoi. Objawia się tu geniusz jednej ze wschodzących gwiazd polskiej sceny producenckiej - Soulpete'a, który wyprodukował wszystkie kawałki na płycie. Za przykład podam tylko ten jeden instrumental - klik! Jestem gotów z czystym sercem polecić ten album każdemu. A tych kilka osób, którym go poleciłem już wcześniej (chyba mogę to powiedzieć) jest mi wdzięczne do dziś.
piątek, 26 sierpnia 2011
Paktofonika? Nie żartuj...
Bo PFK Kompany niewątpliwie jest pewnym fenomenem. Z historią składu może identyfikować się masa Polaków urodzonych w latach 80', czy wczesnych 90'. Podejrzewam, że starszych też, z tą tylko różnicą, że subkultura już nie ta. Trójka młodych chłopaków, mających tą samą pasję - H-I-P H-O-P. Pasja, będąca jedynie smyczkiem, który grał na strunach ich dusz, przekuwała dźwięki w genialne teksty. Tak jak tysiące ich późniejszych słuchaczy, dorastali w trudnych warunkach. Problemy z pieniędzmi, alkoholem, szkołą. Niby chleb powszedni, ale w takiej sytuacji świat na ogół wali się na głowę. Tło, które dla rapu ma niesamowicie duże znaczenie. Nadaje prawdziwości, a wszyscy wiemy jaka prawdziwość jest ważna.
W takich warunkach dorastała masa innych raperów. Ale nikt, powtarzam NIKT nie zdobył takiej popularności jak PFK. Właśnie dlatego, że ich historia to tylko tło. A pierwsze skrzypce grała, gra i grać zawsze w takim przypadku będzie muzyka.
Zadaję sobie teraz pytanie – czy warto w ogóle rozwodzić się nad fenomenem Paktofoniki? Cholera jasna! Przecież słuchając „Chwil Ulotnych”, odpowiedź sama nasuwa się na myśl. To muzyka, która broni się sama. A jednak, zawsze nad ich muzyką stał pewien znak zapytania. Śmierć Magika? Że niby tylko niej skład zawdzięcza swoją nieśmiertelność? Bullshit. Zgodzę się, to był katalizator doskonały. Tak już jest w przemyśle muzycznym. Śmierć, najlepiej zagadkowa, doskonale wpływa na sprzedaż. Tworzy legendę artysty i zespołu. Wynosi sprzedaż albumów na szczyty, gwarantuje wszelkie nagrody przemysłu, etc; co naturalnie niesie za sobą wpisy na kartach podręczników gatunku; sprawia, że zespół staje się pozycją obowiązkową i trzeba go znać.
Jak było w przypadku PFK? Był Fryderyk, był skok popularności, była świetna sprzedaż płyty, Magik stał się legendą, a jego śmierć i muzyka obrosły w teorie spiskowe. Śmierć Piotrka Łuszcza miała na te czynniki bardzo duży wpływ. Taka jest naturalna kolej rzeczy w przemyśle muzycznym. Ale tutaj znowu pojawia się znak zapytania, będący tak naprawdę istotą Paktofoniki.
Powiedzcie mi, dlaczego dziś, 26-ego sierpnia 2011-ego roku, po playlistach tysięcy ludzi wciąż śmigają „Priorytety”, „Nowiny” i „Rób co chcesz”? Przecież minęło tyle czasu. Zamiast przeciętnych technicznie Ślązaków, można posłuchać genialnej nawijki Mesa, czy Pyska; jarać się kolejnymi przyspieszeniami Tech N9ne'a i Too $horta; czy słuchać niezwykle charyzmatycznych Pariasów. Rap poszedł do przodu, a jednak kolejne roczniki dzieciaków na pamięć znają zwrotkę Maga z „Jestem Bogiem” i śpiewają z Gutkiem „Ja to ja”.
Odpowiedź jest bardzo prosta. Paktofonika stworzyła masę świetnej muzyki. Na tyle dobrej, że niemal każdy utwór z „Kinematografii” posiada rangę klasyku. Chłopaki stworzyli płytę będącą czymś więcej niż tylko kolejnym hip-hopowym albumem. Nagrali krążek, który za sprawą tekstów i beatów zna każdy, kto dorastał w momencie, gdy wyszła ta płyta, bądź później. Teksty, co jest w rapie niesamowicie ważne, doskonale trafiają do słuchacza. Myśli w nich zawarte niejednokrotnie pokrywają się z tymi, które ma, bądź kiedykolwiek miał odbiorca albumu. Podobnie sprawa ma się z odczuciami i emocjami. One wylewają się z tej płyty i są niesamowicie szczere. Kolejne wersy zabierają nas w podróż przez marzenia, psychikę, wspomnienia; przez codzienność. Działają w podobny sposób jak muzyka Perfectu. Po prostu trafiają do człowieka.
Właśnie w tym tkwi fenomen Paktofoniki. Jest ludzka i uniwersalna. Brzmi - jako muzyka. Nie da się obok niej przejść obojętnie. Chociażby dlatego wciąż w słuchawkach nosimy pierwszą Molestę, "Światła Miasta", czy właśnie „Kinematografię” Paktofoniki. Są ponadczasowe i kultowe dzięki dźwiękom i linijkom.
---
Polecam także zapoznanie się z książką Macieja Pisuka „Paktofonika. Przewodnik Krytyki Politycznej”. Jest to scenariusz do filmu przedstawiającego historię członków i składu PFK. Książka jest opatrzona świetnym wstępem i pozwala spojrzeć na chłopaków i ich muzykę z nieco innego punktu widzenia. Także - gorąco polecam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

